Islandia 2011

IX Wyprawa Fotograficzna ISLANDIA 2011

10.06.2011 r.

Wyruszamy z 3 – godzinnym opóźnieniem w Chrzanowie okazuje się że nie mamy gazowej kuchenki – wracamy. Ponownie rozpoczęta podróż przebiega bez kłopotów, w okolicy Wrocławia piękny zachód słońca, przy autostradzie widzimy dużo drapieżnych ptaków. Teraz już noc, do granicy z Niemcami w Zgorzelcu zostało nam 10 km.

11.06.2011 r.
Nocny i „gładki” przejazd autostradą przez Niemcy i Danię. Nie należy jeździć
na pamięć, port Hanstholm z którego wyruszały 2 poprzednie wyprawy po przyjeździe wydaje nam się jakiś wymarły, okazuje się że prom odpływa obecnie z innego portu o podobnie brzmiącej nazwie Hirtshals, 120 km dalej ! Natychmiastowa decyzja i minimalny zapas czasu pozwolił z dużymi emocjami dojechać na czas. Na pokładzie samochodowym przeważają auta terenowe z wyprawowym osprzętem. Płyniemy – zmęczeni, na pokładzie upał, wieczorem wesoło -pasażerowie to w większości niemieccy emeryci, śpiewają chóralnie skoczne piosenki. Pogoda psuje się, słońce pojawia się dopiero przed zachodem, cudem przebijając się tuż nad horyzontem przez całkowicie zachmurzone niebo.

 

 

 

12.06.2011 r. Nadal płyniemy. Pogoda zmienna, ale fotogeniczna, w okolicy Szetlandów sesja z głuptakami lecącymi tak blisko promu, że nie mieszczą się w kadrze. Fotografuję krzesełkowe martwe natury i podróżnych.

Dopływamy do Wysp Farerskich, wszędzie wysokie klifowe wybrzeża. Wita nas gęsta zabudowa Torshavn, szkoda że słońce wysoko, tuż po zjeździe z promu ruszamy w głąb achipelagu, jest szansa na dobre popołudniowe światło. Pierwszy nocleg w namiotach nad malowniczą zatoką.

 

 

 

 

13.06.2011 r.
Dziś cały dzień na Wyspach Farerskich. Znakomita pogoda, ciepło, zielono do bólu. Fotografujemy dzikie gęsi z młodymi, owce, konie i szczególnie spodobały się nam dwa domki letniskowe w formie piłek futbolowych. Pięknie tu niezwykle, za miasteczkiem szumią małe wodne elektrownie. W jednej z wiosek natrafiamy na lokalne święto – mieszkańcy nie zważając na siąpiący deszcz tańczą i śpiewają pod gołym niebem . Po chwili pełne słońce, góry „dymią” co 30 sekund można robić nowe zdjęcie, nie możemy się od kilku miejsc „uwolnić”.

 

 

 

 

14.06.2011 r.
Bardzo udany zdjęciowo dzień, odwiedzamy mikroskopijne wioski i porty, pogoda… każda z możliwych, finał dnia wysoko w górach ze świetlnym spektaklem. Nie tęsknimy za Islandią, tu jest rewelacyjnie!

Dziś od rana klify, po drodze broniąc swojego terytorium wściekle atakują nas wzbudzające respekt wydrzyki olbrzymie – aparat służy jako tarcza, kilka razy zaskoczony obrywam, podobnie aparat, na szczęście niegroźnie. Na szczycie najdalej wysuniętych na północ klifów – upał, na niebie różnorodność światła i gatunków chmur. Fotografujemy tutaj cały dzień, w ciągu 10 min. popołudniem pogoda psuje się i zmusza do powrotu. Późnym wieczorem piechotą przechodzę kilkanaście kilometrów w poprzek wyspy obserwując wieczorny długi spektakl zachodzącego słońca.

 

 


Płyniemy. Tuż po opuszczeniu Torshavn czuć mroźny powiew północy, w powietrzu zapach ryb, wyspy jak zwykle „dymią”. Zimno i ponuro, nie żal płynąć dalej, nasyciliśmy się wyspami wystarczająco, światło dopisało. Przed nami nasz cel – Islandia, jutro o 7.30 mamy być w Seydisfjordur.

 

16.06.2011 r.
Dopływamy. Na szczytach charakterystycznych poplasterkowanych i piramidalnych gór, dużo śniegu, pasażerowie na chwilę wyskakują na pokład, robią zdjęcia i znikają. Mocno wieje, Islandia wita nas chłodno i mało przyjaźnie.

W Sedisfjordur słońce. Celnicy mamy wrażenie dyskryminują Polaków, jako jedni z nielicznych zostaliśmy skontrolowani, ale bez zastrzeżeń, czyżby pomogło pismo z konsulatu ? Po zjeździe z kontroli pada akumulator, wypychamy auto, ratuje nas Austryjak, odpalamy z jego akumulatora, taki początek podróży nie rokuje najlepiej. W Egilsstadir wymieniamy pieniądze, robimy zakupy i obowiązkowa wizyta na przywarsztatowym składzie samochodowych wraków których znacznie przybyło od ostatniej wizyty w 2006 r. Jedziemy na północ, podwozimy bagaże 2 słoweńskim rowerzystom, szutrowa droga przez góry przebija zaspy śniegu wysokie na 6 metrów! słyszymy schodzącą lawinę. Ryzykowny przejazd pod śnieżnymi nawisami w gęstej mgle, widoczność momentami ograniczona do 30m. Nad morzem fotografujemy skalne bramy i „zwianą” opuszczoną farmę, na wybrzeżu znajdujemy 4,5 metrową martwą rybę. Aby oddać jej wielkość ledwie starczają rozpostarte ramiona naszej trójki.

17.06.2011 r.
Dzień rozpoczynamy od rozgrzewającej kąpieli na otwartym basenie. Jedziemy fotografując „Islandię znalezioną”, kolejne wraki samochodów i konie. Na wulkanicznym lawowisku biała chatka – otwarta dla turystów, upatrujemy ją sobie na nocleg i jedziemy do Krafli. Z daleka widać kłęby pary źródeł geotermalnych. To największe zagłębie czystej energii. Wszystko syczy i buzuje, widać futurystyczne i bezobsługowe hydroelektrownie. Nie ma nikogo. Podobnie na turystycznym szlaku, wśród oparów siarkowodoru jesteśmy sami, w kosmicznym krajobrazie możemy zobaczyć prapoczątki Ziemi. Wieczór zimny zaledwie +2 °C. Upatrzona chatka niestety zajęta przez francuzów, rozbijamy namioty.

 

 

 

18.06.2011 r.
Cały dzień w okolicy Myvatn, pola geotermalne i jezioro. Na skrzyżowaniu kiedy fotografuę potrąca mnie cofający kamper, przewrócony wpadam pod koła, w ułamku sekundy udaje się uczepić za uchwyt rowerowy na tylnim zderzaku, z nogami pod samochodem wrzeszczę, jestem wleczony ok. 3 metrów. Samochód się zatrzymuje. Uff… wypadek kończy się otarciami, mogło być dramatycznie, traktuję to jako bardzo poważne ostrzeżenie i na kolejnych etapach czujność odnośnie bezpieczeństawa staje się priorytetem. Na małym cmentarzyku znajdujemy grób z 2007r., w którym pochowano 104-latka! Wreszcie więcej słońca, ale temperatura zaledwie +1°C. Po wieczór wizyta w ukształtowanym prze lawę „parku” Dimmuborgir, naturalne łuki, jaskinie i bryły zoomorficzne zwiedzane samotnu spacer potęguje wrażenie. Drugi nocleg na lawowisku, w chatce z noclegiem znów uprzedzili nas motocylkości tym razem z Niemiec.

Przez kamienne pustkowie dojeżdżamy do wodospadu Dettifoss, tym razem od zachodniej strony, słoneczne dziury w niebie pozwalają uchwycić tęczę w rozpylonej wodzie. Zadowoleni jedziemy do zapadliska Asbyrgi. Kanion powstał w wyniku apokaliptycznej erupcji kaldery Grimsvoton (ostatni wybuch w maju 2011 r.) leżącej poniżej odległego Vatanajokull. Olbrzymia rzeka powstała w wyniku gwałtownie roztopionego lodowca i w ciągu zaledwie 2-3 dni wyżłobiła głęboki na 100m i długi na 3,5 km wąwóz.

 

20.06.2011 r.
Kolejna opuszczona farma – na piętrze w pustym pokoju stoi tylko łóżko. Wreszcie słońce, idealna pogoda na wieloryby, bilety po 50 euro – płyniemy z Husaviku. Lokuję się na dachu sterówki. Na morzu zaliczmy pięć wynurzeń okazałego humbaka, przez kilka sekund olbrzym płynie tuż obok naszego kutra. Zdjęciowo wielorybnicze safari oceniam zaledwie na „3” pomimo dobrego światła brakło w pełni wynurzonego ogona, trochę zawiedzeni wieczorem lądujemy w Akureyri. Tuż przed zamknięciem kupujemy fotograficzne albumy „Moments from Iceland” Johannesa Franka i Volcano Island z ubiegłoroczną erupcją Eyjafjallajokull w roli głównej. W ostatnich promieniach słońca przechadzamy się główną ulicą – słynne i opisywane w przewodnikach rondo na którym w każdy weekend tworzyły się sztuczne samochodowe korki, niestety zamknięto ! Na szczęście pozostało wspomnienie z 2006 r. – był to jedyny samochodowy korek na Islandii, podobnym zjawiskiem jest sygnalizacja świetlna, którą można spotkać tylko jeszcze w Reykjaviku. Nowością jest okazała rotunda z elewacją imitująca bazaltowe słupy – godne Akureyri nowoczesne centrum kultury.

 

21.06.2011 r.
Objeżdżamy malowniczy półwysep trolla Skagi, odwiedzamy Siglufjordur, najdalej na północ położone „miasto” na Islandii, jego atrybuty to port, przetwórnia ryb, kilkadziesiąt domów, bank, kawiarnia i restauracja. Na mikroskopijnym skwerku dwóch ludzi kosi jeszcze pożółkłe po zimie kępki trawy. Holar to natomiast „Watykan północy” z prawie 1000 letnią historią, kamienną katedrą której budowę w 1757 r. zlecono polskiemu murarzowi o nazwisku Sabiński. Nadzorując budowę spędził w osadzie 7 lat, w murach katedry pochowana jest jego zmarła tutaj córka. W Hollar znajduje się również Wyższa Szkoła Rolnicza specjalizująca się w hodowli koni – nic więc dziwnego że na okolicznych pastwiskach spotykamy ich setki. Studencki kampus, kameralny budynek szkoły i kilka domów to cała miejscowość. Słoneczny chociaż zimny i wietrzny dzień zachęca do kąpieli w uczelnianym basenie z czego nie omieszkałem skorzystać. Nadal bardzo zimno.

 

 

22.06.2011 r.
Dziś wyruszamy na obserwację fok i ptaków na półwyspie Vatsnes. Znajdują sę tutaj największe na Islandii kolonie fok. W pełnym słońcu na nieodległych skałach widzimy kilkanaście sztuk, niestety te które harcują w wodzie są bardzo czujne i trzymają słuszny dystans. Wieczorem ruszamy krętą drogą w odludne zachodnie fjordy. Pojawia się kolejny kłopot z akumulatorem cała rodzina Islandczyków z 4 samochodów stara się nam pomóc. Niestety zapalamy dopiero na „pych”, padło ładowanie. Pomoc staramy sie wynagrodzić uniwersalną walutą – butelką polskiego krupniku który z radością zostaje przyjęty. Z defektem kontynujemy podróż, jednak rezygnujemy z trasy do centrum fjordów zachodnich Isafjordur i wschodnim wybrzeżem malowniczą droga kierujemy się w stronę Djupaviku. Dziś nocleg nad morzem.

 

 

23.06.2011 r.
Cały dzień fotografujemy w opuszczonej przetworni śledzi w Djupaviku znanej m.in. z filmu „Heima” – w tej niezwykłej scenerii koncertowała islandzka znana na całym świecie grupa Sigór Ros. Do niedawna była to największa na Islandii budowla z betonu. Niesamowity klimat miejsca, porażająca akustyka wnętrza silosów, obok rdzewiejący wrak. We wnętrzu silosu w punktowy świetle fotografuję wytatuowaną miłosnymi wyznaniami Islandkę. Dziś w południe wreszcie odrobina ciepła po raz pierwszy pozwala zrzucić na chwilę ciepłe polary i kurtki.

fot. Wojciech Czabanowski

24.06.2011 r.
Podróżujemy wzdłuż ryftu, pęknięcia kontynentalnych płyt, obserwujemy coraz więcej geotermalnej aktywności, unoszące się w powietrzu białe pióropusze pary wodnej wyznaczają trasę. Kupuję pomidory wychodowane w geotermalnej szklarni. W pustynnym interiorze dojeżdżamy do lawowej jaskini. Wielka rzeka chłodząc potok spływającej lawy została uwięziona w podziemnym tunelu o długości ponad 4 km. Dziesięć wejść do jaskini to miejsca w których zawalił się strop. Wieczorem fotografujemy gejzer. Na „noc” rozkładamy namiot w pobliżu przykościółkowego cmentarza.

 

 

 

 

25.06.2011 r.
Od rana kontynuujemy fotografowanie wybuchów gejzeru Stokkur, po pracy kąpiel w odkrytym basenie. W eleganckim hotelu na ścianie olbrzymia fotografia właściciela hotelu z Robertem Plantem który najwyraźniej był tutaj zupełnie niedawno. Po drodze do wodospadu Gullfoss razem z nami galopuje pędzony przez jeźdźców tabun koni. Zabawiam się w poganiacza na trasie galopujących koni staję z rozłożonymi ramionami przekierowywując stado z drogi na pobocze zyskując uznanie jeźdźców. W przeciwną stronę na balonowych oponach podąża kolumna olbrzymich aut skrywających we wnętrzach zamożnych turystów. Nad wodospadem można powiedzieć że jak zwykle światło łaskawie błyska nam w kluczowych momentach. Przejazd przez interior pod Heklę, niestety zamknięta droga, wieczór i psująca się pogoda wyklucza podejście. Robi się zimno i zaczyna padać. Jemy obiad pod wodospadem Seljaladsfoss. Jeszcze tego wieczora wyruszam na nocne zdjęcia wodospadu. Szarówka umożliwia stosowanie kilkusekundowych czasów naświetlania.

26.06.2011
Wodospad Skogarfoss, wodna kurtyna na krawędzi płaskowyżu – moim zdaniem najbardziej malowniczy wodospad Islandii. Dziś niedziela wielu ludzi spaceruje w pobliżu, przez ponad godzinę przez łany kwitnącego łubinu i odległy most przedzieram się na drugi brzeg rzeki aby pwtórzyć z nowego punktu widzenia najważniejsze zdjęcie wyprawy; malutki samochodzik na tle gigantycznego wodospadu. Krzykiem i wymachiwaniem rękoma czyszczę zza rzeki odległy plan z turystów. Marek na dany znak zdecydowaną jazdą ustawia auto możliwie najbliżej pióropusza wodospadu, 3 zdjęcia i znikamy z zakazanej strefy nim islandyczków zdąży opuścić konsternacja niespodziewanego wydarzenia. Jedziemy w stronę Vik deszcz zaczyna padać poziomo w wichurze fotografuję olbrzymie amerykańskie amfibie służące turystom do oglądania z morza skalnych bram. Na Atlantyku wysoka fala rozbijająca się o skały nie pozwala zbliżyć się do brzegu. Z drugiej strony klifu równie trudna sytuacja, przestaje padać i mogę się dosyć ryzykownie wspiąć na klif w pobliże kolonii maskonurów. Ptaki czujnie obserwują nie pozwalają zbliżyć się na mniejszy dystans jak 20m – niestety akuratna przedłużka, telekonwerter został w samochodzie. Obiektyw 300mm to za mało na portret.

27.06.2011
Kierujemy się w stronę wulkanu Laki którego wybuch w 1873 r. był najbardziej katastrofalny w historii Islandii. Zgineło wtedy ok. 9 tys. ludzi i niemal połowa bydła. Droga pod wulkan jest jeszcze zamknięta „zadowalamy” się przepastnym kanionem wyrzeźbionym przez rzekę Fjardrargljufur. Wychodzenie na krawędzie dostarcza wielu rozgrzewających emocji. Zbliżamy się do lodowca Vatanajokull na horyzoncie widzimy dziwną czarną mgłę nad nadmorską równiną. Okazuje się ze to potężna wichura tworzy trąby powietrzne wulkanicznego pyłu który opadł na ten rozległy obszar w czasie wybuchu Ejaflallajokul. Ostry pył wciska się wszędzie, przez kilkanaście kilometrów kilka trąb pyłowych tańczy wokół naszego auta. Podjeżdżamy do spływajacych jęzorów lodowca i w końcu zatrzymujemy się nad malowniczą zatoką lodowcową Jokulsarlon. Przed nami ląduje nowoczesny helikopter pilotowany przez jedną kobietę, 8 pasażerów prawie natychmiast wsiada do podstawionej amfibii aby 20 min. popływać wśród lodowych gór. To oczywiście zamożni rosjanie którzy po mrożącej wycieczce starannie i niespiesznie do końca dojadają gorącą zupę pomimo tego że wylądował ponownie helikopter i czeka aby ich zabrać. Ekstrawagancja na najwyższym poziomie. Pod wieczór światło tworzy kolejny spektakl, niestety intensywny dzień wyczerpał wszystkie zapasy prądu w akumulatorach, mogę tylko podziwać krwistą czerwień nieba kontrastująca z błękitem lodowych brył. Ubrany we wszystki ciepłe kurtki i pelerynę gubię telefon co urywa codzienne relacje. Atakują nas ponownie wydrzyki olbrzymie i skutecznie zmuszają do odwrotu.

 

28.06.2011
Dzień rozpoczynamy od kolejnej przygody. Marek na stacji benzynowej zamiast ropy tankuje benzynę ! Kolejna szybka akcja odjazd na najbliższą górkę i poszukiwanie węża do spuszczenia paliwa, udaje się go pozyskać w budynku szkoły. Zlewamy ok. 20 l paliwa tankujemy ponownie do pełna i silnik zostaje uratowany. Dziś dzień relaksu, na malowniczym półwyspie z morską latarnią robimy pranie i spędzamy noc. Brak prądu jest dużą dolegliwością, nie mogę fotografować. Zastępczo używam kompaktu i filmuję. Słoneczne i bezwietrzne popołudnie filmuję opuszczone pasterskie szałasy które nie zmieniły się od pierwszej wizyty w 2004 r.

29.06.2011
W Hofn w centrum turystycznym ładujemy baterie. Tutejszy sklep badzo skromnie zaopatrzony – dobrze że zakupy pamiątek w postaci oryginalnych swetrów i wyrobów firmy 66 zrobiliśmy w Husawiku i Akureyri, tu pomimo chęci nie ma nic godnego uwagi. Jedziemy wzdłuż wybrzeża wschodnich fjordów szukamy obłąkanego szpitala psychiatrycznego znanego z poprzedniej wyprawy, niestety został zburzony a jego fragmenty znajdujemy po drugiej stronie fjordu w postaci skleconej szopy. Jeszcze wizyta w Eskifjordyr które jeszcze niedawno roiło się od poskich budowlańców – huta już gotowa, Islandczycy wspominają smak naszych trunków. Wieczorem piękne światło, okrążamy sztuczne jezioro w okolicy Egillsstadir, zaskakuje nas stado reniferów z imponującymi porożami. Pogoda psuje się przez góry fotografując wodospady dojeżdżamy do Sejdisfjordur – zmęczeni czekając na jutrzejszy prom spędzmy noc w samochodzie.

30.06.2011
Wjazd na prom bez kłopotów ustawiamy auto za samochdem z hakiem holowniczym aby móc skorzystać z pomocy przy zjeździe. Na promie odpoczynek, dużo snu. O godz. 3 nad ranem dopływamy ponownie do Toshavn. Schodzę na ląd po stempel urzędu celnego aby odzyskać z taxfree. Urodziwy farejczycy zapełniają prom całymi rodzinami, obserwuję wschód słońca w czasie wyjścia z portu. Na promie poznaję polaków, kolejne puszki piwa napędzają rozmowę jesteśmy ciekawi siebie wzajemnie, a rozmowy przeciągają się do kolejnego wschodu słońca a kończą zamknięciem baru.

01.07.2011
Dopływamy do Hitshals, właściciele auta przed nami to para belgijskich emerytów, mówią po polsku, pani urodzila się w Legnicy i wyjechała jako dziecko i oboje kochają Kraków. Auto odpala i pędzimy autostradą w strone kraju – nietety zaledwie po 11 km alarmuję że w z autem coś nie tak w chwili gdy zaczynamy zwalniać do 90 km/h odpada ukręcony przedni wał napędowy. Katastrofa, na szczęście nic nikomu się nie stało spychamy auto na akurat szersze tylko w tym miejscu pobocze. Długa debata co robić – decydujemy wezwać pomoc z Polski i dotransportować auto do Szczecina. Laweta może być najwcześniej wieczorem, do kraju 900 km ! Koczujemy kilkanaście godzin przy autostradzie, jest wystarczająco dużo czasu aby piechotą zwiedzć odległe o 6 km miasteczko. Po Islandzkich krajobrazach Dania wydaję sie rajem; ciepło, zielono, domki i ogródki, kościółek i cmentarz dopieszczony w najdrobnieszych detalach. Przestronne domy jak pałce wkomponowane w krajobraz, na pastwiskach wypielęgnowane krowy leżąc przeżuwają aromatyczna trawę. Produkty z małego obficie zaopatrzonego sklepu smakują wybornie. Wieczorem przyjeżdża laweta przesiadamy się do nowego Clio w komfortowych warunkach gnamy do Szczecina. Nie trudno zorientowac się że jesteśmy w Polsce. Wąskie i dziurawe drogi, Szczecin wieczorem w okolicy dworca wygląda dramatycznie. Decyduję się wracać pociągiem, Marek zostaje czekajac na lawetę która dojeżdża tuż po nas. W pociągu mało przyjemnie, trudno zmróżyć oko, podejrzane typy czatuja na bagaż. Nad ranem dochodzi do kradzieży w sąsiednim przedziale. Wezwana policja i obsługa pociągu właściwie nie reaguje, łapie tylko uciekającego gapowicza, z rozmowy z obsługą pociągu okazuje się że to sytuacja codzienna i nikt tym się specjalnie nie przejmuje gdyż nie ma urawnień – ot polska rzeczywistość.

02.07.2011
Po 12 godz. jazdy „pospiesznym” pociągiem docieram do Krakowa, dostaję wiadomość że Marek i Kasia już od godziny są w domu. W nocy za poradą mechanika przepinają napęd na tylną sprawną oś, do Krakowa docierają o własnych siłach. Kolejna wyprawa pomimo trudności kończy się szczęśliwie – to nalepsza wyprawa ze wszystkich, fotograficznie jesteśmy wielce zadowoleni, dopisało światło i pogoda. Momentami było bardzo ciężko, Islandia to bardzo wymagający kraj tylko dla pasjonatów lub bardzo zamożnych, to próba charakterów i bagaż nowych doświadczeń. Premierę zgromadzonego materiału planujemy w październiku 2011 r. w Krakowie i w czasie 50 Jubileuszowego Pleneru Warsztatów Fotograficznych we wsi Mostki. Zapraszamy.

Pora planować kolejną wyprawę – gdzie ? Oczekujemy ciekawych propozycji od pasjonatów fotografii. Fotografia to główny cel każdej wyprawy. Zapraszamy do wpólnego przeżycia wielkiej przygody !