Wyprawa Warsztatów Fotograficznych w Krakowie POLARNY DZIEŃ
XVII Wyprawa Warsztatów Fotograficznych w Krakowie POLARNY DZIEŃ II – 2026
Termin: 26 czerwca – 17 lipca 2026 r.
W 2026 roku będziemy kontynuować eksplorację obszaru polarnego dnia. Północne rejony Norwegii szybko poddają się turystycznej komercjalizacji, odkrycie w 2024 roku kilku nowych szlaków motywuje do dalszej ekspansji na północ. Obszar za Kręgiem Polarnym to jedno z ostatnich miejsc w Europie, gdzie można mieć kontakt z fascynującą przyrodą.
Polarny dzień sprawia, że przebywanie na tej szerokości geograficznej przypomina życie poza czasem. Dobowy rytm dnia i nocy traci znaczenie – sen, posiłki i codzienną aktywność możemy dopasować do swoich potrzeb, a nie do wskazówek zegara. To duży komfort, zwłaszcza w sytuacji gdy ciągle się przemieszczamy. Nie ma znaczenia kiedy idziesz w góry i kiedy wrócisz, a fotogeniczna złota godzina rozciągnięta jest do kilku godzin, to pozwala bez pośpiechu wielokrotnie zmieniać lokalizacje.
Plan wyprawy będziemy modyfikować w miarę potrzeb i aktualnych warunków pogodowych, nie nakreślamy sztywnych celów, każdego dnia będziemy pracować i biwakować w innym miejscu.
UWAGA – ekipa już w komplecie, brak wolnych miejsc. Zapraszamy do śledzenia przygotowań i relacji z wyprawy.
Zapraszamy do udziału w kolejnej fotograficznej wyprawie, której cel wspólnie wyznaczymy, chętnie jeszcze w 2026 roku. Skład ekipy zamykamy zazwyczaj na 6 do 8 miesięcy przed ustalonym terminem wyjazdu. Staranne przygotowanie z dużym zapasem czasowym pozwala na znaczącą redukcję kosztów i skupienie się na celu wyprawy – fotografii.
Przygotowania
- Wyruszymy Toyota Corollą Cross, auto sprawdziło się już w poprzedniej wyprawie. Hybrydowy napęd przy tak dużych dystansach (ok. 8 000 km) pozwolił zmieścić się w umiarkowanym budżecie paliwowym.
- Bilet na prom do Szwecji już kupiony, koszt rejsu w dwie strony (ok. 1200 km na morzu) to 750 zł/osoba
- Planujemy że budżet 3 tygodniowej wyprawy (podróż, paliwo, wyżywienie, noclegi, bilety wstępu) nie przekroczy 3 000 zł od osoby.
XVI Wyprawa Warsztatów Fotograficznych w Krakowie
POLARNY DZIEŃ 2024
Termin 10 czerwca – 3 lipca 2024
Po raz siódmy naszym celem była północna Skandynawia, oraz położone ok. 600 km za Kręgiem Polarnym Tromso, wyspa Senija, Lofoty, Park Narodowy Rago i lodowiec Svartisen.
Tym razem przygotowania nie zajęły dużo czasu – doświadczenia z poprzednich wypraw pozwoliły szybko skompletować ekwipunek. Wyruszamy z Krakowa do Gdańska nowiutką Toyotą Cross. W porcie meldujemy z odpowiednim zapasem czasowym. Teraz rejs promem przez Bałtyk do szwedzkiego Nynäshamn połzonym ok. 60 km na południe od Sztokholmu. Po prawie dziesięcioletniej nieobecności na tej trasie dostrzegliśmy pozytywny rozwój polskiej floty promowej. Do Szwecji płynęliśmy promem M/F Wawel, a w drodze powrotnej znacznie nowocześniejszym M/F Nova Star. 18-godzinny rejs przy dobrej pogodzie to pora na relaks, kiełbaska z pokładowego grilla smakuje umiarkowanie, to wrażenie zmieni się zasadniczo w drodze powrotnej.
Po zejściu na ląd czujemy kulturową różnicę – uporządkowanie przestrzeni i wszechobecną czystość. Panujące tu standardy mogłyby stanowić wzór dla innych europejskich krajów. Skandynawowie wykazują się wyjątkową dbałością o swoje posesje i przestrzeń publiczną. Starannie utrzymane drewniane domy, pełne zieleni otoczenia i pachnące jaśminy działają na wszystkie zmysły. W tak uporządkowanych okolicznościach wyprawowy brak ładu w bagażniku samochodu może być nieco krępujący.
Stylowa architektura malowniczo położonych miasteczek, oraz niespieszny tryb życia mieszkańców towarzyszą nam przez całą podróż. Okazałe dęby przy pałacowych alejach są świadkami bogatej i długiej historii. Obronne zamki oraz zabytki techniki jak stare huty żelaza obecnie stanowią oazy spokoju – często jesteśmy w nich jedynymi gośćmi. Spotykane przy drogach lub zgromadzone przy murach świątyń kamienie pokryte pismem runicznym przywołują czasy wikingów. Tylko na terenie Szwecji kamieni runicznych rozmieszczonych głównie przy starych traktach zachowało się ich około 2800. Zmierzając dalej na północ ludzkie osady stają się skromniejsze, coraz większą rolę w naszych fotografiach odgrywa przyroda. Miasteczka lokowane między lasami i jeziorami jako fotograficzne tematy oferują głównie protestanckie kościoły oraz otaczające je skromne cmentarze. W jednym zazwyczaj sennym miasteczku jesteśmy świadkami eksplozji życia, wywołanej paradą tegorocznych maturzystów. W asyście piknikujących mieszkańców główną ulicą przemieszczają się udekorowane platformy z tańczącymi absolwentami. To charakterystyczna cecha Skandynawów – gremialne, wielopokoleniowe uczestnictwo w okolicznościowych wydarzeniach. Rodzinne pikniki, lokalne rocznice czy święta ogniskują społeczność często przybyłą z odległych rejonów. W porównaniu z innymi europejskimi krajami, zagraniczni turyści są tutaj w zdecydowanej mniejszości, natomiast w większych miastach widoczni są głównie islamscy emigranci, którzy pozostają na marginesie zamożnej społeczności Skandynawów. To oni otoczeni licznymi dziećmi korzystają z miejsc rozrywki i wypoczynku. Generalnie poziom życia mieszkańców Szwecji jest wysoki, jednak bez zbędnych ekstrawagancji.
Podróżujemy przez środkową Szwecję, podążając ciagle na północ wyraźnie odczuwamy wydłużający się dzień. Jest 15 czerwca, wkrótce słońce będzie towarzyszyć nam przez 24 godziny na dobę. Koło Podbiegunowe przekraczamy bez specjalnej celebry w Jokkmok. Miasteczko znane jest z zimowych festiwali rdzennych mieszkańców Laponii, ludu Saamów, którzy wyróżniają się eskimoskimi rysami twarzy. Miejsce przekraczania Kręgu Polarnego gdzie do niedawna był tylko skromny kiosk z pamiątkami rozrosło się do turystycznego centrum, z hotelem i dużym parkingiem tracąc zdecydowanie swój wyjątkowy charakter jaki zapamiętałem z poprzednich wypraw. Po naturalnej tajdze zostało już tylko wspomnienie, w okolicy dominuje przemysł drzewny, planowa gospodarka leśna jest wyraźnie czytelna: wycinka, karczowanie, nasadzenia. Zbocza falujących wzgórz pokrywają „grządki” drzew iglastych w tym samym wieku.
Surowy klimat pozwala na niewielkie roczne przyrosty co w konsekwencji sprawia, że pozyskiwane drewno jest zwarte i odporne na działanie warunków atmosferycznych. Dzięki zaawansowanej technologii przetwarzania i klejenia drewno jest powszechnie wykorzystywane jako materiał budowlany. W norweskim Mjøstårnet znajduje się obecnie najwyższy na świecie budynek mieszkalny z drewna, który ma 18 pięter! Po drodze zwiedzamy skansen, w którym można zobaczyć przykłady skromnej osadniczej zabudowy. Uwagę przyciągają spichlerze, budowane na palach, które pełnia funkcję zabezpieczenia przed zwierzyną i obfitymi w tych rejonach opadami śniegu. Budowle skromnie i proste w formie, wyposażone w to co niezbędne do życia i uprawy roli. Większość Skandynawów posiada domy letniskowe, sprzyja temu obfitość jezior i rzek, oraz rozwinięta linia brzegowa Bałtyku. Malowniczych miejsc jest bez liku, nie ma tu natłoku, wszystkie domostwa są zadbane i regularnie zamieszkałe. Popularnym sportem latem jest żeglarstwo i wędkarstwo, aktywny wypoczynek to typowa cecha Skandynawów. Mam wrażenie że Szwedzi są na nieustających wakacjach.
Zmierzamy do Karesuando, iglaste lasy ustępują miejsca tundrze, tu królują karłowate brzozy i porosty. Gruntową drogą wspinamy się na najwyższe w okolicy wzniesienie z którego roztacza się widok na przetykaną taflami polodowcowych jezior bezkresną zieleń. Dokuczliwe meszki skutecznie skracają nasz pobyt, może to i lepiej, ponieważ przed nami kilkaset kilometrów jazdy przez monotonny, równinny krajobraz. Tundra jest piękna, ale o tej porze roku niedostępna z powodu licznych bagnisk i torfowisk. Na każdym postoju komary i meszki mocno dają się we znaki, nawet reniferom, które w tym okresie wypasane są wyższych partiach gór. Pojedyncze renifery spotykane przy drogach świadczą, że dotarliśmy już na daleką północ. Na budynkach powiewają flagi Laponii.
Nadzwyczajną sytuacją jest spotkanie z niedźwiedzicą i jej młodym niedźwiadkiem, para niespiesznie przechodzi nam przez drogę. Dzwonię do kolegi, specjalisty od niedźwiedzi, relacjonując co widzę. Jego pierwsza rada to: „wycofać się”. Sytuacja budzi emocje i respekt, ale na szczęście jesteśmy bezpiecznie zamknięci w aucie. To moje pierwsze bezpośrednie spotkanie z niedźwiedziem, zakładanie obozu w tym rejonie może być ryzykowne. Wkrótce przed nami pojawiają się ośnieżone góry a z nimi malownicze wodospady. Obfitość krystalicznie czystej wody w jeziorach i wartkich rzekach jest wszechobecna. Zmiana koloru znakowania osi drogi z białego na żółty (lepiej widocznego zimą) to znak, że wjechaliśmy do Norwegii. Zachwyceni górskimi krajobrazami niezauważalnie docieramy do pociętego długimi fiordami wybrzeża Morza Norweskiego. Czasem tylko po smaku wody i charakterystycznej roślinności rozpoznajemy czy jesteśmy jeszcze nad słodkowodnym jeziorem, czy już nad morzem.
Tromsø, norweska stolica dalekiej północy tętni życiem. Mimo swojego odległego położenia miasto może pochwalić się najniższą średnią wieku mieszkańców, wynoszącą około 35–36 lat. Słoneczna aura i wysoka temperatura sprawia, że nie brakuje turystów, gromadzą się wokół Białej Katedry przypominającej tradycyjny lapoński namiot. Do centrum całkiem sporego miasta prowadzi strzelisty most z dużym prześwitem, wystarczająco wysokim aby nie zakłócać ruchu oceanicznych statków. Północne mosty to zazwyczaj praktyczne, betonowe konstrukcje, które nie grzeszą urodą, jednak nie dominują nad otoczeniem. dyskretnie wpisują się w krajobraz. Alternatywą dla mostów stają się coraz bardziej powszechne podmorskie tunele w których drążeniu Norwegowie są mistrzami.
W szklanej konstrukcji Arktycznego Muzeum podziwiamy najstarszy zachowany w Tromsø polarny statek „Polstjerna”. Główna część muzeum, mieszcząca się w budynku kształcie lodowych płyt wielkiego domina, jest obecnie w remoncie. W muzeum znajduje się m.in. wielkie akwarium z fokami, oraz edukacyjne wystawy dotyczące zmian klimatycznych, a także panoramiczne kino z ekranem o wysokości 3,2 m i szerokości 21 m. Miałem okazję je zwiedzić podczas poprzednich wypraw i zdecydowanie polecam.
Praktycznie osiągnęliśmy cel naszej podróży, zwalniamy tempo. Śledząc prognozy pogody, odkrywamy nieznane mi dotąd wyspy na północ od Tromsø. Klimat staje się coraz bardziej surowy i krajobraz kontrastowy – na wysokościach rzędu 1000 m n.p.m. widoczne są czapy lodowców, a na poziomie morza króluje bujna trawa i karłowata brzoza. Morskie wybrzeża pokrywają szkiery, noszące ślady zimowych sztormów. Bogactwo form i struktur wyrzeźbionych przez fale i wiatr jest zaskakujące. W tak odludnym miejscu spotykamy ekipę 4 pracowników dbających o dobry stan turystycznej ścieżki, którą do niedawna przemieszczały się tylko renifery. Szlaki turystyczne są skromnie oznakowane, wymagają sprawności w posługiwania się mapą. Szczegółowe informacje najlepiej pozyskiwać w lokalnych centrach turystycznych. W trudnych, podmokłych terenach spotykamy drewniane kładki, nad rzekami rozpięte są wiszące mosty co sprawia, że nawet wymagające szlaki są praktycznie dostępne dla każdego.
Zaciszne fiordy, otoczone wysokimi górami, to miejsce, gdzie wśród surowej przyrody rozlokowały się kolorowe domki o prostej architekturze. Wszystkie podobne w stylu, ale zachowujące swoją indywidualność. Norwegowie, w odróżnieniu od Szwedów, nie ograniczają się w malowaniu elewacji tylko do jednego koloru żelazowej czerwieni i bieli – intensywny kolor żółty, błękitny, a nawet różowy i fioletowy ożywia krajobraz i stawia na indywidualny wybór. Oszałamiający widok z okna własnego domu jest tu dostępny dla każdego, mam wrażenie, że to podstawowa reguła wyboru lokalizacji domostw, która zdecydowanie przeczy cechom praktyczności. Większość domów usytuowana jest w najbardziej malowniczych miejscach, rzadko w zwartej zabudowie Rozległy obszar kraju pozwala każdemu korzystać z jego naturalnego piękna według własnego uznania bez ograniczeń i potrzeby zaglądania sąsiadowi w przysłowiowy „talerz zupy”.
Deszcz, a nawet niewielka mżawka stwarza mnóstwo utrudnień, jednak czasem godzina jazdy pozwala na zasadniczą zmianę warunków pogodowych. Spotyka się to czasem z niezrozumieniem ekipy, która nie ma praktycznych doświadczeń i nastawiona jest na osiąganie zaplanowanych celów. Ze względu na pogodę opóźniamy wjazd na Lofoty, jedziemy na wyspę Senja. To miejsce pełne dzikiej przyrody, które w Polsce stało się popularnym celem „łowców zórz”. Dziewiczy krajobraz wyspy to strzeliste granie, kontrastujące z rejonami, które przy dzisiejszej temperaturze i pełnym słońcu bardziej przypominają Grecję niż daleką północ. Głębokie, soczyste zielenią doliny przecinają białe warkocze niebotycznych wodospadów, jeśli do tego dodamy różnorodne formacje chmur, mamy gotowy temat do do efektownej fotografii. Dla mnie to nowe, nieznane miejsca ze względu na rozpoczynający się sezon jeszcze wolne od turystycznych camperów. Senja swoim spokojem kontrastuje z intensywną komercjalizmem Lofotów, których odwiedzenie mamy w planach. W drodze powrotnej około 20 km na północ od Tromsø docieramy do najbardziej wysuniętego na północ punktu naszej wyprawy. Zabieram kilka wybranych kamieni jako pamiątki, a potem ruszamy w drogę na południe.
Trzy tygodnie to niewiele czasu, trzeba racjonalnie planować podróż, aby zdążyć dotrzeć do zaplanowanych miejsc. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na trasę jest pogoda, która jak dotąd nam sprzyja. Warto śledzić szczegółowe prognozy, gdyż nawet drobna mżawka potrafi być uciążliwa ukrywając zapierające dech w piersiach widoki. Lofoty witają nas słoneczną, niemal plażową aurą. Niestety, większość znanych mi miejsc jest oblegana przez turystów, miejsca biwakowe zamienione w płatne campingi. Szlaki, które kiedyś odkrywałem w samotności, stały się popularnymi trasami spacerowymi. Zasuszeni, ale pełni energii seniorzy korzystają z życia, są dosłownie wszędzie, natomiast w pracy w sklepach, stacjach benzynowych, remontach dróg widzi się bardzo młodych ludzi i egzotycznych emigrantów. Malownicze miejsca, które kiedyś fotografowaliśmy jako jedni z pierwszych, stały się teraz obowiązkowymi przystankami podczas komercyjnych „foto wypraw”. Zdecydowanie nie jestem zwolennikiem pracy na utartych szlakach, ale dobrze przygotowane ścieżki pozwalają dotrzeć w coraz więcej jeszcze do nie dawna niedostępnych miejsc.
Dziś nocleg na plaży, o północy w pełnym słońcu moment celebracji pierwszego dnia lata, 21 czerwca, pora sięgnąć po szklaneczkę dobrej whisky, której bursztynowy blask doskonale harmonizuje się z barwą słonecznego światła, które od wielu dni towarzyszy nam całą dobę.
Zatłoczony parking w Reine zniechęca do dalszej eksploracji i odbycia tradycyjnej pielgrzymki na szczyt góry, z którego roztacza się magiczny widok. Zawracamy, następnego dnia spodziewane jest chwilowe załamanie pogody. Deszcz i porywisty wiatr nie stanowią przeszkody — nawet mniej atrakcyjne miejsca nadal są pełne ludzi, a wyzwaniem staje się znalezienie miejsca parkingowego. Nowością są ogromne statki-wycieczkowce, wypełnione tłumami azjatyckich turystów. W niewielkich portach kolorowy gwar chwilowych przybyszów miesza się z obecnością bardziej doświadczonych podróżników, którzy wyróżniają się turystycznym strojem i specjalistycznym obuwiem, przygotowanym na wszelkie warunki pogodowe. My zaliczamy się do zanikającej kasty traperów obozujących w namiotach w dowolnie wybranych miejscach, których wyszukanie jest coraz trudniejsze. Nasze potrzeby ograniczone są do absolutnego minimum szybkiej regeneracji w postaci kilku godzin snu, każdej doby w innym miejscu i samodzielnie przyrządzonego posiłku skomponowanego z zabranych zapasów. Nie każdy w ekipie jest odporny na spartańskie warunki, codzienne czynności stają się problemem co wpływa na efektywność tempa podróży i nieuzasadnioną stratę czasu. W niewielkich portach rybackich spotykamy wyspecjalizowane wycieczki polskich wędkarzy, którzy jako cel mają zgromadzenie jak najobfitszych połowów smakowitych ryb i przywiezienia ich do kraju często przekraczając dopuszczalne limity.
Krążąc bocznymi drogami, udaje nam się znaleźć kilka tradycyjnych sztokfiszów z plonem zimowych połowów, oraz malowniczy domek, który regularnie pojawia się na pocztówkach. Coraz częściej zerkam w niebo, bogactwo różnych chmur to ulotna atrakcja dostępna tu i teraz, tylko dla nas. Z Eggum, w deszczu, idziemy na plażę Unstad, by odwiedzić rzeźbę autorstwa Szwajcara Markusa Raetza. Kamienna głowa, w zależności od kąta po jakim na nią patrzymy, zdaje się obracać o 90 stopni. Bezpośrednie otoczenie rzeźby to pastwisko, jest mocno „zaminowane” przez owcze odchody. Aby zrobić zdjęcie, trzeba cierpliwie poczekać w kolejce. Każdy przybysz dzierży w dłoni smartfona i natychmiast wysyła w eter obrazki, jak z pierwszej linii frontu, gdyż świat z pewnością z zapartym tchem wyczekuje jego gorących relacji. Wpatrzeni w nawigację GPS i prognozy pogody kiedy spadnie deszcz, skanowanie kodu QR mówiącego, na co patrzymy stało się cywilizacyjną normą. Zamiast szumu morza, lepiej założyć słuchawki z ulubioną muzyką, a po powrocie do domu podsumować liczbę zrobionych kroków i przeanalizować raport ze stanu swojego organizmu. Zaczynam wątpić, czy mój trud znalezienia kadru, odpowiedniego światła i momentu, oprócz mnie zwróci jeszcze czyjąś uwagę. Pomimo chwilowych rozterek, nadal czuję się łowcą prostokątów, które zapełniają nie tylko twarde dyski, ale są kolejnymi krokami w rozwoju sztuki postrzegania.
Rago Nasjonal Park staje się jedną z ostatnich oaz spokoju – jesteśmy tu jedynymi gośćmi. To już kolejny raz, kiedy przemierzam tę trasę, która wciąż fascynuje i zaskakuje bujną przyrodą, krystalicznie czystą rzeką z piaszczystym dnem i rozległymi widokami. Tym razem moją uwagę przyciągnęły poskręcane pnie sosen, które wiatr i brak światła w czasie polarnej nocy modeluje w unikalny sposób. Wiele pni drzew przybiera spiralną formę, aby każdej z jego części choć jeden sezon pozwolić czerpać światło przed zapadnięciem polarnej nocy.
Północne rejony obfitują w rudy metali, a metody ich pozyskiwania znacznie ewoluowały na przestrzeni lat. Stare i opuszczone ośrodki przerobu rudy zostały zbyt późno dostrzeżone jako interesujące zabytki techniki, wiele z nich popadło w nieodwracalną ruinę. Obecnie są świadectwem czasu wielkiego heroizmu pracujących to ludzi, opuszczone osady wracają do łask, są przystania szukających odsobnienia często ciekawych artystów różnych dziedzin sztuki. Innym artefaktem głównie zlokalizowanym na morskim wybrzeżu są niemieckie fortyfikacje z czasów II wojny światowej. Strzegły one północnego morskiego szlaku do Narwiku. To właśnie ta morską drogą transportowano wysokogatunkową rudę żelaza, niezbędną dla niemieckiej gospodarki wojennej. Na końcu jednego z fiordów dostrzegam wykute w skale bazy okrętów podwodnych, niemieckich U-botów. Niestety, dostęp do nich jest możliwy jedynie od strony wody.
Opuszczamy Lofoty z poczuciem mocnego niedosytu, pogoda zaczyna się psuć i zmusza do odwrotu na południe. Towarzyszą nam spienione górskie rzeki, których turkusowy kolor i zmącona woda świadczą o bliskości drugiego co do wielkości skandynawskiego lodowca, Svartisen.
Po obiedzie, bez większego przygotowania i prowiantu spontanicznie wyruszamy w stronę lodowca. Szlak, rozmiękczony przez deszcze, okazuje się trudny i wyczerpujący. Gumowe buty zdają egzamin, może nie są zbyt wygodne ale zachowują przynajmniej suche stopy. Oprócz nas na trasie znajduje się tylko jedna rodzina z dwójką kilkunastoletnich dzieci. Kompletnie przemoczeni, idą w sandałach, nie zwalniając tempa. Na szczęście jest ciepło, co zmniejsza ryzyko wychłodzenia, mimo ich nieodpowiedniego ekwipunku i ryzyka osiągają cel dotknięcia czoła lodowca.
Podczas zakładania przeciwdeszczowej peleryny niefrasobliwie odkładam aparat na kępę trawy. Kilkanaście minut później po raz kolejny mija nas ta sama rodzina i pyta, czy czegoś nie zgubiliśmy. Zaskoczeni pytaniem, sprawdzamy nasze rzeczy, które wydają się kompletne. Dopiero po chwili orientuję się, że brakuje mi aparatu! Podnosimy alarm i szybko doganiamy towarzyszy wędrówki. Pytamy, czy przypadkiem nie zauważyli zguby. Ojciec rodziny bez słowa otwiera plecak i wręcza mi aparat. Krótkie podziękowanie i jakby sprawa była oczywista, każdy rusza w swoją stronę.
To kolejny raz, gdy doświadczamy norweskiej uczciwości, która jest tu głęboko zakorzeniona. Uśmiech, wzajemna pomoc i profesjonalizm bez zbędnej wylewności to standard, który towarzyszył nam wielokrotnie.
Trasę do lodowca znam doskonale, jednak topniejący lód odsłonił nowe połacie skał, co sprawia, że znalezienie bezpiecznej drogi staje się wyzwaniem. Ignorujemy tablice ostrzegawcze – skalne półki są zdradliwe, a szlak nieoznaczony. Z dużym wysiłkiem docieramy w bezpośrednie sąsiedztwo czoła lodowca. Lodowe bryły mienią się niebieskim blaskiem. Zaczyna brakować nam sił, dodatkowo mżawka decyduje, że rezygnujemy z dalszej wspinaczki, która pozwoliłaby spojrzeć na lodowiec z góry. Po krótkiej sesji fotograficznej, wyczerpani, decydujemy się na odwrót. Niestety, nie jest to łatwe, ponieważ nie jesteśmy w stanie wrócić po swoich śladach. Trzeba znaleźć w miarę bezpieczną nową drogę, co znacznie opóźnia powrót.
Pod koniec marszu, zmęczenie i chwila nieuwagi sprawia, że wpadam do strumienia. Jestem kompletnie przemoczony, ale na szczęście do bazy zostało już tylko pół godziny marszu. Zmiana ubrania na suche poprawia samopoczucie i łagodzi zmęczenie. Cała wyprawa, bez zapasowego prowiantu, trwała około 9 godzin. To już moja siódma wizyta w tym miejscu – choć coś mi podpowiada, że pomimo trudu nie ostatnia.
Zmierzamy do Stiklestad, miejsca dorocznych zjazdów Wikingów. Skansen niewiele się zmienił, jako nowość pojawiła się rekonstrukcja niewielkiej cerkiewki. To stały przystanek wycieczek na północ, a także popularne miejsce piknikowe. Kilka lat temu braliśmy udział w dorocznym festynie – inscenizacji bitwy, w której w 1030 roku poległ król Norwegii, Olaf II Haraldsson. Usilnie próbując odzyskać panowanie w kraju, poniósł klęskę i zginął w tym miejscu w walce z norweskimi chłopami. Znajduje się tu pamiątkowy obelisk oraz konny pomnik króla górujący nad plenerowym amfiteatrem.
Jeszcze tego samego dnia, późną nocą, w poświacie polarnego dnia parkujemy przed gotycką katedrą w Trondheim. Samotne podziwianie monumentalnej fasady katedry jest wielkim przeżyciem. Dawna stolica Norwegii, zwana Nidaros, jak zwykle robi wrażenie. Po kameralnych miasteczkach to prawdziwa metropolia, założona w 996 roku. Do 1217 roku pełniła funkcję stolicy wikińskiej Norwegii i była siedzibą królów. Po 1217 roku stolica została przeniesiona do Bergen, a następnie do Oslo.
Zmęczenie na chwilę ustępuje miejsca nowej dawce adrenaliny. Puste miasto, pomimo sprzyjającej temperatury, nie tętni nocnym życiem. Pojedynczy przechodnie, zanurzeni w cyberprzestrzeni swoich smartfonów, mijają nas jak nieobecni. My, nie mając zaplanowanego noclegu, ponownie z dużym niedosytem wraz z pierwszymi promieniami słońca opuszczamy Trondheim. Ograniczony limit czasu zaczyna być dotkliwy.
Od kilku dni wiadomo, że nie uda się zrealizować wyprawowego planu. Na przeszkodzie stanęło kilka drobnych trudności, oraz brak woli by je pokonać. Ekipa od pewnego czasu zaczyna się dzielić, co nie sprzyja niczemu i psuje dobrą atmosferę podróży. Ramy czasowe zmuszają do powrotu monotonną trasą przez środkową Szwecję. Do przebycia mamy ponad 1000 km, co przy tutejszych rygorystycznych ograniczeniach prędkości oznacza trzy dni jazdy. Atrakcje ponownie ograniczają się do kilku malowniczych kościółków i niewielkich wodospadów. Wiele zaplanowanych miejsc i atrakcji zostaje poza zasięgiem czasowym. Z moich szacunków mamy nieuzasadnioną stratę ok. 5 dni. Nieliczną ciekawostką długiej drogi jest wieża obserwacyjna, która pełniła funkcję strażnicy do monitorowania ewentualnych pożarów lasów.
Południowa część Szwecji jest mocno zurbanizowana, przyrodnicze enklawy pełnią rolę ośrodków wypoczynkowych. Nad jednym z jezior trafiamy na zlot miłośników starych samochodów. Dominują pieczołowicie odrestaurowane amerykańskie krążowniki szos, których rocznik często pokrywa się z rocznikiem ich właścicieli, dominuje przełom lat 50 i 60 ubiegłego wieku. Błyszczące limuzyny to widok dość powszechny, to północne Harleye – bardziej komfortowe i praktyczne w użytkowaniu jak motocykle, zwłaszcza w kapryśnym klimacie północy. „Wiatr we włosach” zapewniają kalifornijskie wersje aut typu kabriolet.
Mieszkańcy miasteczek starają się przyciągnąć uwagę turystów różnorodnymi atrakcjami, takimi jak kolekcja wypchanych sów w przydrożnej restauracji. W zasuszonym ZOO nie mogło zabraknąć renifera, niedźwiedzia, lisa i innej drobnicy. Mam nadzieję, że to nie jedyna forma poznawania zwierząt i ptaków zamieszkujących te rejony. Myślistwo jest w Szwecji bardzo popularne, w czasie całej podróży w spotkaniach ze zwierzyną dominuje łoś.
W jednym z miasteczek lokalną atrakcją jest bar w stylu Dzikiego Zachodu. To rzadkie zjawisko, gdy właściciele posesji starają się wyróżnić czymś więcej niż tylko uporządkowanym ogródkiem i pięknie przystrzyżonym żywopłotem. Ma to swoje wady, ponieważ odstępstwo od tej normy nie zawsze spotyka się z dobrym gustem i aprobatą sąsiadów. Szwedzi są bardzo zdyscyplinowani i akuratni na każdym polu działania. Jedyna uciążliwość to nowe technologie obecne na każdym kroku, np. bez odpowiedniej aplikacji w smartfonie trudno zaparkować auto czy zapłacić za prostą usługę.
Im bliżej Sztokholmu tym miasta stają się większe. Zmierzamy w stronę dawnej stolicy Szwecji Gamla Uppsala. Rozpoczynamy od wizyty w średniowiecznej katedrze otoczonej przedchrześcijańskimi kurhanami, datowanymi na ponad 2 tysiące lat. Aktualne nowe centrum wraz z królewskim zamkiem, strzelistą ceglaną katedrą i słynnym uniwersytetem odgradza droga szybkiego ruchu. Uppsala tętni życiem nie tylko studenckim, kawiarniane ogródki, rowery, lodziarnie, rozległe parki i tereny zielone są okupowane przez mieszkańców zażywających czasu białych nocy i letniej temperatury. Zwiedzam imponującą fotograficzną dokumentację koncertów jakie miały miejsce w tutejszej sali, wystąpili tu m.in. The Rollig Stones, Bob Dylan i Johnny Cash. W katedrze można znaleźć polski akcent w postaci pochówku księżnej Katarzyny Jagiellonki – pierwszej żona Jana III Wazy, królowej Szwecji w latach 1568–1583. Jej nagrobek nad którym umieszczono fresk przedstawiający Kraków znajduje się w jednej z małych kaplic na wschodnim krańcu katedry.
Przed nami już tylko Sztokholm, który zostawiliśmy na deser. Niestety ograniczenie czasowe, kłopot ze znalezieniem parkingu redukuje czas pobytu do kilku godzin. Szybka przebieżka przez centrum miasta wymagała wyborów, tym razem było to Muzeum Narodowe w którym trwała czasowa wystawa poświęcona kulturze ludów dalekiej północy. Ciekawa aranżacja wprowadzająca widzów w szczelinę bloku lodowego pozwoliła już na wstępie poczuć surowy klimat. Ludy dalekiej północy odzyskując tożsamość odchodzą niestety w niebyt. Utrzymywany folklor ma celu ma celu tylko przyciągnięcie turystów. Zimowe obserwacje zorzy, psie zaprzęgi, dzień polarny to magnesy dla zorganizowanych wycieczek. Zamożny Stockholm, piękna i kameralna stolica, ważne centrum na mapie Europy mające wiele do zaoferowania w sferze biznesu i kultury. Wszechobecna morska woda i liczne wyspy nadały miastu przydomek Wenecji Północy. Muzyczne kluby z muzyką na żywo, całodniowy rejs wśród okolicznych wysp, skansen i Vasamuseetto podstawowe atrakcje. Sztokholm niewątpliwie na swój klimat i pachnie dobrze wykrochmaloną koszulą.

















































































































